Absolutnie żadnych lag

Techniczno-życiowy blog.

[Vicious] Android vs iOS, Google vs Apple, iPhone vs (???)

Do napisania tego posta nastawiałem się okropnie długo. Ciężko było się zebrać, zebrać myśli i znaleźć czas. Ale czas nastał. Czas na wojnę. Czas na moje porównanie tych dwóch systemów. Dwóch najważniejszych graczy na rynku – iOS i Android.

Zacznijmy od tego, że użytkownikiem Androida byłem od czasu wygrania Sony-Ericsson Xperia Play w 2011roku (już prawie pięć lat…) w konkursie zorganizowanym na facebooku. Przesiadka z aktualnie wtedy używanym Symbianem (w Nokii E90) okazała się nader szybka i bardzo przyjemna. Telefon hulał na androidzie w wersji 2.3.3 (potocznie zwanym Gingerbread). Następne telefony były również z systemem Android (Samsung S4 Zoom, i Samsung S4 VE). Aż do sierpnia 2015 były to zielone robociki. Po licznych namowach Prostego (i własnej frustacji Androidem) postawiłem na zmianę (przyczynił się do tego też Monster Hunter – ale o tym zaraz). Kupiłem iPhone’a 4s. A teraz (dzięki Prostemu) mogę się pochwalić iPhone’em 5s.

Wady i zalety systemów

Dlaczego toczą się takie wojny między użytkownikami tych systemów ? Szczerze jest to spowodowane odwiecznym przeświadczeniem takiego leminga – „jest lepsze to co mam, bo to mam”. To sprowadza się w 95% wojen technologicznych. Jestem w stanie się założyć, że i jedna i druga strona w życiu nie była użytkownikiem „wrogiego” systemu dłużej niż parę godzin. A żeby uzyskać jako takie mniemanie trzeba się jednakże dobrze zaznajomić, poużywać, pobawić się itd. systemem opozycyjnym.

Ja sam przez lata byłem zdecydowanym zwolennikiem Androida – chociaż przyznam szczerze, że prym wiedzie w tym posiadanie telefonu z padem (kontrolerem do grania). Kolejne telefony nie sprawdzały się już tak wyśmienicie. Android był pseudo-otwartym systemem. Z pseudo dużą ilością możliwych do wgrania modyfikacji systemu. Wszystko podbarwione wszelakimi animacjami, w miarę intuicyjnym systemem. Stare adroidowe telefony działały naprawdę fajnie. Z rzadka się wieszały, nie były aż tak zasobożerne jak najnowsze wersje systemu. W pewnym momencie zauważyłem jednakże spore problemy:
1. Atualizacje oprogramowania do nowszych wersji przeprowadzone przez producentów słuchawek to mit. Jeżeli doczekasz się dwóch łatek – to powinieneś skakać pod niebiosa. Xperia Play została z 2.3.4 (gingerbread), Samsung S4 Zoom – z Kitaktem (4.4.x), Samsung S4 VE z Lollipopem (5.0.1 – ale dostał aktualizacje jak był dostępny nowszy soft 5.1). Bieda potworna. Owszem – zaraz odezwą się obrońcy – „Jak TO! Przecież w Internecie jest multum softu wydawanego przez fanów!” Tak . Zgadzam się – ale wiąże się to z dwoma niedogodnościami – brakiem profesjonalnych testów oraz wymaganym złamaniem systemu (co w porównaniu do iOS dość często kończy się zbrickowanym telefonem).
2. Nowe – lepsze – wersje aplikacji wychodzą tylko na nowszy soft – co w połączeniu z podpunktem pierwszym powoduje, że albo obliżesz się smakiem i będziesz korzystał z tego co masz albo bawisz się w łamanie systemu i wgrywasz niepewne, nie przetestowane pod każdym względem oprogramowanie od „Pana Zbysia” z forum dla ogrodników.
3. Każda nowa wersja androida coraz bardziej zamyka system, jest bardziej zasobożerny, wygląda gorzej i nie wnosi nic nowego. Brak dostępu do karty pamięci w systemie Kitkat/Lollipop to jakiś marnej jakości żart. Nic dziwnego, że nowe telefony wychodzą bez slotu na kartę pamięci. Zasobożerność na pamięć wewnętrzną i ram to kolejna bolączka. 16gb pamięci w telefonie i 1gb ram nie pozwala od 2 lat cieszyć się gołym telefonem bez zainstalowanych aplikacji. Powiecie za chwilę „Ale pierd…”. Niestety nie. Po 3-4miesiącach system się „powiększa” skutecznie upychając te 16gb i pozostawiając Ci drobne na parę MP3, a na ekranie co rusz pojawi się informacja, że brakuje pamięci. O multitasku zapomnijcie. 1GB android wessie szybciej niż Ci się będzie zdawało. Jedyna rada – restart telefonu co parę dni i „twardy” reset (czytaj – format słuchawki) co miesiąc.
4. Tych producentów słuchawek z androidem jest tyle – że na dobrą sprawę wszystko jest takie same. Czy kupisz „flagowca” czy model spod lady od chińczyka – masz na dobrą sprawę to samo. Ilość rdzeni, mhz czy też rozdzielczość nie ma praktycznie żadnego znaczenia.
5. Kolejne modele wprowadzane przez producentów nie mają ŻADNEGO sensu. Na cholerę mi 8 rdzeni, 4 gb ramu, wyświetlacz 4k ??? Takie same osiągi i stabilność systemu mogę osiągnąć na sprzęcie sprzed 4 lat! Czego to dowodzi ?! Producenci mają w dupie klienta! Zamiast zająć się OPTYMALIZACJĄ to leją z góry na działanie a skupiają się na technologiach, które nawet w 5% NIE BĘDĄ wykorzystywane przez użytkownika (nie ważne kto wam co powie – NIE BĘDĄ). Walki na mhz i ilości rdzeni są naprawdę zabawne. A lemingi kupują jak leci (sam nim byłem ) ;).
6. Android nie ma przyszłości. Już zjada własny ogon. Niech mi ktoś powie co wnosi Kitkat, Jellybean czy Marshallmallow. Wyglądają te systemy coraz gorzej, są coraz bardziej nie intuicyjne, coraz bardziej zasobożerne. Dlaczego ? To proste – JAVA. Język na którym jest zbudowany obecny system nie będzie już lepszy. Granice zostały osiągnięte. Wszystko co zostanie dodane to zostanie zmulone. Teraz tylko mamią klientele zmuszając ich do kupna nowych słuchawek (no bo – patrz punkt 1 i 2 ).  Ostatni soft który coś wniósł to Icecream Sandwich – obsługę tabletów. Dalej to nic nie warte bzdury.

 Oczywiście system ma też pozytywy :
1. Łatwość w programowaniu i wrzucaniu np. wersji testowych softów.
2. Telefon podłączysz do każdego komputera i np. zgrasz coś na pamięć wewnętrzną telefonu (coś ala pendrive) bez potrzeby jakichkolwiek sterowników.
3. Do telefonów podłączysz bezproblemowo klawiatury i myszki czy pady przez port miniusb. A kable miniusb używają praktycznie wszyscy.
4. Szerszy zakres modeli – telefony z zoomem optycznym do aparatu, ekran 3d, projektor itp.

Jednakże moja przesiadka na iOSa była swoistym oddechem wolności. Ale zacznijmy co mi się nie podoba w systemie iOS:
1. Brak jakiegokolwiek dostępu do struktury plików bez uprzedniego złamania systemu! Nic nie mogę zrobić w plikach bez złamania softu!
2. Złącze lighting i 30-pin. W Polsce ciężko jest znaleźć kogoś z takowym kablem. Pozostaje zawsze nosić takowy ze sobą. Odpada przy tym połączenie jakiegoś zewnętrznego urządzenia przez to złącze.
3. Żeby podłączyć telefon do komputera MUSIMY zainstalować iTunes! Nie ma innej opcji. To jest jakiś dramat. A nawet i po zainstalowaniu to do plików się nie dostaniemy. Musimy mieć JB i odpowiedni program zainstalowany na komputerze !
4. Wyższe ceny aplikacji w sklepie AppStore w porównaniu z odpowiednikami w Google Play.
5. Brak możliwości podłączenia karty pamięci do urządzenia. Z jaką ilością kupisz – z taką się będziesz borykał. A dopłacenie 500zł za większą pamięć to ewidentny skok na kasę urzytkownika

I to w sumie na tyle wad. Teraz pozytywy:
1. Aktualizacje softu. iPhone 4s ma już ponad 4 lata – a nadal otrzymuje najnowszy soft! I działa na nim naprawdę wyśmienicie !
2. Trzeba być  zdolnym by zawiesić urządzenie appla. Naprawdę. Chyba, że zrobiliśmy JailBreak (czyli złamaliśmy soft) i namieszaliśmy coś zanadto. Urządzenie appla będzie działało ZAWSZE tak samo. Czy jest włączony 2h czy też pół roku. Nie trzeba robić żadnych restartów, resetów, formatów. Ten telefon działa, płynie. Zawsze tak samo.
3. Dwa rdzenie i pół GB ramu (w iPhonie 4s) ? Mało ? Niekoniecznie. System jest tak zoptymalizowany, że nawet z takimi parametrami urządzenie działa bardzo dobrze. Oczywiście – szwankuje multitasking, ale przy takich parametrach android nawet się nie włączy (z nowym softem).  Na 1gb ramu ten telefon po prostu „lata”. Działa ultra płynnie i wspaniale.
4. Jakaś aplikacja jest w sklepie Appla ? To będzie działała na Twoim urządzeniu. Śmiało możesz używać. Każdy soft jest sprawdzany dogłębnie przez sztab informatyków. Nie znajdziesz tu zawirusowanych bubli wieszających telefon.
5. Gry AAA. Tak. Jest ich multum. I tak. Działają jak należy. I wiele z tych tytułów nie znajdziesz na androidzie.
6. Wygoda używania. Tu nie ma setek menu, podmenu i ukrytych opcji. To urządzenie ma działać i działa. Bez fajerwerków, miliona animacji nikomu do niczego niepotrzebnych. Optymalizacja na pierwszym miejscu.

Patrząc na powyższe to można by sądzić, że do androida nie powrócę. I możliwe, że tak będzie. Jednakże. Jeżeli pojawi się coś ala Xperia Play 2.0 – z lepszymi bebechami i małym ekranem to zielony robocik mnie kupi. Jestem graczem. Nałogowym graczem mobilnym. Mam dołączanego pada do iPhone’a. Lecz ja nie chce dołączanego. Chce – tak jak w Xperii Play – był on stale ze mną. By był integralną częścią mojego smartphone’a. Mógłbym używać dalej XP – jednakże musiałbym korzystać z softu od użytkowników. A ten jak pisałem powyżej, nie jest idealny. Nie jest nawet dobry. A na oryginalnym sofcie nie zainstaluje aplikacji które muszę mieć przy sobie, a i nie odtworzę filmów powyżej 480p. To jest przyczyna mojego odejścia od XP. Ale XP 2.0 z dobrymi podzespołami spowodowałaby, że mógłby to być pierwszy telefon kupiony przeze mnie w dniu premiery.

Andek vs iOS ? Dla mnie iOS. Android jest już zużyty. Kolejne mhz czy rdzenie nie zmienią jego działania. To nadal będzie ten sam zamulony system.

Wielka Brytania, UK - konto bankowe bez potwierdzenia adresu


Hej,

Jak wiecie niedawno wyemigrowałem do Wielkiej Brytanii w stylu Filipa z Konopii. Od tak, spontanicznie, z dnia na dzień podjąłem tą decyzję podpartą otrzymaną ofertą pracy. Muszę jednak przyznać, że miałem wiele obaw co do formalności, o które muszę zadbać aby pracować legalnie, bez robienia mojemu pracodawcy nadmiarowych problemów.
Co prawda na starcie waszej kariery w UK w teorii nie potrzebujecie NINu (national insurance number, o tym napiszę w oddzielnym poście) o tyle pracodawcy nie są chętni na wypłatę należności "z ręki do ręki" czy chociażby czekami. Jest to całkowicie zrozumiałe jako iż wprowadza to zamieszanie w istniejącym procesie zarządzania aktywami firmy. Abyście wy otrzymali wypłatę w kopercie Pani księgowa musi się niepotrzebnie męczyć z formalnościami z tym związanymi. Niestety, ale posiadanie konta bankowego jest musem. Wątpie, aby nawet w pracach niższego szczebla udałoby wam się bez niego przeżyć dłużej niż miesiąc. No ale niestety, założenie konta na dowód osobisty wyrobiony w Żukowie jest cholernie ciężką sprawą do załatwienia.

Potwierdzenie adresu, skąd ja teraz wezmę potwierdzenie adresu?

Wyżej wspomniane potwierdzenie nie ma ujednoliconej formy, natomiast zawsze służy temu samemu - identyfikacji danego osobnika. Potwierdzeniem takim jest najczęściej potwierdzenie opłaty rachunków za media w mieszkaniu, które wynajmujemy. Lecz trzeba się liczyć iż chodzi tu o rachunki, które są bezpośrednio powiązane z twoją osobą. Eg. Sam czynsz płacony Landlordowi nie jest potwierdzeniem adresu, gdyż umowa o wynajem może zostać w świetle prawa podpisana bez wyszczególnionych danych identyfikacyjnych i ich weryfikacji. Teraz wpadamy w zamknięte koło. Nie jesteśmy w stanie zdobyć potwierdzenia adresu, bo nie mamy umowy z żadnym usługodawcą. Nie jesteśmy w stanie podpisać umowy z żadnym usługodawcą, gdyż nie mamy wymaganych danych identyfikacyjnych. Takowych nie możemy zdobyć gdyż.. nie mamy potwierdzenia adresu. Na szczęście z tego koła jest stosunkowo proste wyjście - list rekomendujący od pracodawcy, który wyszczególnia miejsce twojego zamieszkania na terenie UK, twoje zarobki, typ umowy (TYLKO zatrudnienie na umowę o pracę jest respektowane w potwierdzeniu adresu) oraz twoje dane osobowe.
Zdobywamy taki list, zazwyczaj z human resources i możemy śmiało umówić się na spotkanie w sprawie założenia konta bankowego. Sugeruję jednak potwierdzenie, czy bank ten akceptuje potwierdzenie adresu w tej formie. Z moich doświadczeń wynika, że HSBC, Lloyds oraz Barclays akceptują taką formę potwierdzenia adresu. Jest to jednak bardzo zależne od placówki danego banku. Jeżeli jedna placówka wam odmówi, zapytajcie drugą. Jak nie drziami - to oknem.

Finalnie..

jesteśmy w domu. Zakładając konto bankowe zaczynami widnieć jako persona zalegalizowana w UK, gdyż każda korespondencja od banku na adres, który podajemy w formie weryfikacji jest samym w sobie potwierdzeniem adresu. Oznacza to, że możemy przy odrobinie szczęścia brać kredyty, raty, a także zalegalizować się i zdobyć ekwiwalent Polskiego numeru PESEL - National Insurance Number.

Powodzenia :)

Go with the flow...

    
        Cześć. Prosty uważa, że potrafię, ja uważam, że nie, kto ma racje nie wie nikt, sami oceńcie albo i nie, po co oceniać, nie czytajcie, to dla mnie i tych którzy zrozumieć spróbować chcą. Ci którzy mają do czynienia ze mną na co dzień już wiedzą, wyjeżdżam! Plan jest prosty, lecz nie łatwy, ale łatwe rzeczy szybko się nudzą i nie dają nam wewnętrznie za wiele. Mam zamiar 1marca 2016r wsiąść na rower i ruszyć w nowy nieznany mi świat. W dobie tanich lotów lotniczych i ułatwionych sposobów podróżowania ludzie z mojego otoczenia odwiedzili już wiele pięknych miejsc a ja nadal tkwię w moim małym 'bezpiecznym' świecie. Jak dotąd odważyłem się objechać Polskę dookoła na raty, 3 wyprawy z wiernym kompanem podróży, było pięknie, malowniczo, poznawczo. Każdy z wyjazdów coś zmienił we mnie, im dłuższy wyjazd tym więcej pracy nad sobą, walka z kilometrami, kolejną górką, zmęczeniem psychicznym i fizycznym, świadomość swojej słabości.

         Pomysł wypłynął na początku roku 2015r., spontanicznie, rzuciłem sam sobie wyzwanie: ruszę w 2016r. w nieznane. Oczywiście wszyscy, którym już wtedy marudziłem podekscytowany planem uważali (po cichu bądź nie), że do tego czasu zmienię zdanie milion razy. Tak się na szczęście nie stało, w głowie czasami pojawiały się wątpliwości, szczególnie w momencie kiedy dowiedziałem się, że mój współpodróżnik zrezygnował z pomysłu, co postawiło mnie przed dylematem czy pojechać samemu czy odpuścić. Jeżeli nie teraz to nigdy, potrzebuję tego wyjazdu mocno (przynajmniej moja głowa tak sobie uroiła), potrzebuję przewrotu w głowie, potrzebuję złamania barier wewnętrznych, potrzebuję odkrycia samego siebie. Kompletnie nie mam pojęcia jak będzie i czy w ogóle będzie, martwi mnie wiele aspektów, na przykład porzucenie moich najbliższych ludzi, bez których wiem że będzie ciężko, to czy wytrzymam sam ze sobą tyle czasu, itd. Za to wiem jedno, życie cholernie krótkie jest i nie chce go tracić na wahaniu się, walkę czas zacząć.

„But I want something good to die for
To make it beautiful to live.
I want a new mistake, lose is more than hesitate. 
Do you believe it in your head? „



Może do kiedyś, chyba jednak nie potrafię Panie Prosty, zbyt wielki burdel w tej małej głowie.
Jeżeli kogoś zainteresują newsy z podróży to zapraszam Spontastyczna strona roweru
Jedyny rozsądny sposób komunikowania się w podróży googel6@gmail.com 





Londyńska droga ku Australii

Hejka,

Przedostatni czwartek był ostatnim dniem mojej pracy w poprzedniej firmie. Zarazem był on ostatnim dniem spędzonym tak w Gdańsku jak i w Polsce, a przynajmniej ostatni dzień jako ich stały mieszkaniec.

Lat mi przybywa, do 30tki coraz bliżej (haha, nie), a marzenie o emigracji do Australii tak stoi w planach jak stało. Niestety, ale dalej czeka mnie rok czekania zanim złożę wniosek o przyznanie Visy skilled worker do Australii. Nic się nie zmieniło w prawie wizowym, dalej nie mając 25 lat otrzymuję 1/3 punktów za wiek. Gdzie pełnia tych punktów to aż 25% do przekroczenia minimalnego progu punktowego. Nic się nie zmieniło, dalej muszę mieć konto pełne dolarów aby takowa wiza została mi przyznana. Nic się nie zmieniło, dalej cyferki na takowym zdecydowanie mi tego nie umożliwią.
Jedyne co się zmieniło to moje doświadczenie, umiejętności, ponadto wzrosło moje zawzięcie do realizacji tego celu.

Pierwsze minuty po dojeździe z lotniska

Tak i łatwiej było mi się zdecydować na wyjazd, naturalnie - do Londynu. Cliché, eh? W pełni stereotypowo? Pewnie. Na własną rękę, bez dachu nad głową, biletu powrotnego, z ograniczonymi środkami na koncie, braku NINu i banku w UK. Za to z dobrym kontraktem, przyzwoitym poziomem języka angielskiego i masą zapału.
W piątek rano wyruszyłem na lotnisko, standardowo niewyspany, a ponadto przeziębiony. Kilka kolejnych dni nie było za wesołych, teraz jest już lepiej.

Jeżeli kogoś interesuje co i jak się toczyło przez tych kilka pierwszych dni:

  • Zdobycie miesięcznego biletu, nie ma siły, naturalnie będzie trzeba wszystko załatwiać, wszędzie jeździć.
  • W Gdańsku przeglądnąłem najlepsze oferty prepaidów w UK, wybrałem Three ze względu na nielimitowany internet. Przepraszam, ale nie znając miasta, mając do załatwienia wszystko, do tego w ograniczonym czasie (w poniedziałek do pracy), nie poradziłbym sobie bez internetu. Googlemaps, TFL trip planner (transport for London), gumtree z ofertami pokojów na wynajem i lecimy.
  • Z mieszkaniem nie jest tak łatwo jak się wydaje. Nie mając mieszkania, swoistego potwierdzenia adresu, nie wyrobicie NINu (numeru ubezpieczenia) oraz konta bankowego. Stety niestety, ale siedziba mojej nowej firmy znajduje się przy samej Tamizie, w "dobrej" (czytaj drogiej) dzielnicy. Ja natomiast wychodzę z założenia, że 1.5h wycieczki dziennie pod tytułem dojazdu do pracy są głupotą i marnowaniem czasu. Musiałem znaleźć coś blisko - i znalazłem. Tylko, że na ładne oczy nikt ci mieszkania nie wynajmie. Nie masz NINu, konta w banku, nie masz żadnych poprzednich referencji od wynajmu. Jest źle. Przygotuj się na opłacenie 2 miesięcy z góry, a w Londynie nie jest to 100 funtów na tydzień. Generalnie - nie polecam, mieszkanie jak dotąd jest czymś co boli mnie do teraz.
  • Pierwszy dzień w pracy, dzwonienie po bankach. W UK nie umówicie się na spotkanie w banku tego samego dnia, a przynajmniej nie w Londynie. Te banki, które miały stosunkowo realne terminy naturalnie nie chciały wyrobić nam konta bez NINu i potwierdzenia adresu. Kiepsko, ale nie tragicznie. Papierek z firmy potwierdzający nasz adres zamieszkania i wysokość wypłaty jest już argumentem do rozmów o potwierdzeniu adresu.
A dalej to już same refleksje co ja takiego narobiłem i czy było warto inwestować 14k PLN w wycieczkę pełną stresu, niewiadomych, niewyspania i problemów.

Londyn jest bardzo filmowy, nawet muzea wyglądają jak wyjęte z filmów o Harrym Potterze.

Minął zaledwie tydzień i już mogę wam powiedzieć, że drugi raz zrobiłbym to samo. W Polsce mając swoją firmę, kodząc dniami i nocami, zgarniając nawet 10+ tysięczne faktury przybliżyłem się zaledwie o kilka kroków do sfinansowania wyjazdu do Australii. Wszystko przez słabość naszej waluty, ciągłe wyskakujące jak grzyby po deszczu koszty, ogromne podatki (23 lata, firma od kilku miesięcy, podatki po 4+ tysięcy złotych na miesiąc). Najzwyczajniej w świecie w Polsce nie opłaca się oszczędzać na taki wyjazd. Można, ale się nie opłaca.
Tu natomiast nawet wliczając absurdalne koszty wynajmu widzę na ten rok perspektywę na uzbieranie grubo ponad wymagany limit wizowy, to znowu umożliwi mi troszkę łagodniejszą emigrację aniżeli to co działo się teraz. Pieniądze pieniędzmi, ale także kultura pracy jest tu inna. Zamiast grata, na którym mam pracować - nowiutki Macbook Pro mid 2015 z 16 GB ramu i SSD. Zamiast 1 dniowego wdrożenia do pracy - tydzień na zaznajomienie się z projektem. Zamiast 8h harówki bez możliwości zrobienia sobie przerwy - 1 godzina niepłatna na lunch, ale możesz ją spożytkować jak chcesz. Same drobiazgi, ale to dzięki nim wiem że za pracą w Polsce rozglądać się już nie będę.

Jedyne co bym zmienił to miasto. Może i zarobki rekompensują nam koszty życia, ale już komfortu życia nam nie rekompensują. Będę starał się szukać pracy w mniejszym mieście, może Bristol?
A wy? Też już wyemigrowaliście?


Lumia 950 - analiza problemu, post konferencyjnie

Krótki wstęp
Siemaneczko,

Na zeszłotygodniowej konferencji Microsoft po równi oczarował tak fanów jak i antyfanów tej marki. Bądź co bądź zaprezentowanie pierwszego laptopa, pod którym podpisuje się oficjalnie ten gigant technologiczny jest nie lada nowiną.

Troszkę więcej o konferencji


Naturalnie - szybko po konferencji zacząłem rozważać zmianę mojego aktualnego leciwego już thinkpada. Jednak to nie plotki o laptopach przykuły moją uwagę do wyświetlacza. Nie będę ukrywał, że konferencję oglądałem żywiąc nadzieję w stronę prezentacji Lumii oraz nowego trybu continuum. 
I stało się. Zaprezentowano nowe lumie - 950 i 950XL. A wraz z nimi tryb Continuum, brandowany wszem i wobec jako killer laptopów "do pracy". Zrób ze swojego telefonu laptopa, mówili. Będzie bardzo wydajny, mówili. To zwyczajny Windows 10, mówili. I w ten sposób jako laik łatwo wpadłbym we wszechobecny zachwyt nad produktem M$'a. Na szczęście prezenter na konferencji szybko ogłosił, że zasadniczo już można preorderować nowe lumie prosto ze strony M$. Nie ma co, wbijam po konferencji prędko na stronę, szukam interesującego mnie telefonu, patrzę w specyfikację sprzętową i załamuję ręce. Wiecie czego się spodziewałem? Spodziewałem się telefonu wyposażonego w słabszą, underclockowaną wersję Baytraila. Spodziewałem się zminimalizowanej wersję Atoma. Wiecie co dostałem? Dostałem ARM.

Dlaczego jestem na nie

I w tym samym momencie odsubskrybowałem "continuum" ze swojej listy tematów must-to-read z RSSów. Dlaczego właśnie informacja o CPU zamontowanym w nowych Lumiach z sukcesem wybiła mi ich zakup z głowy? Bo continuum w nowych Lumiach będzie kikutem, a nie systemem na którym da się pracować. ARM to skrajnie różna architektura od znanych nam x86/x64. Porównywanie tych dwóch architektur jest dla mnie ekwiwalentem porównania małży z krabem. Niby małe, niby fajne, ale skrajnie różne. Pamiętacie historię Windowsa 8.1 na ARMach? Windows RT? Umarło się mu szybko, prawda? Do tego stopnia szybko, że nawet Microsoft wycofał się z systematycznego wydawania aktualizacji. I wiecie, mam wrażenie że continuum to kontynuacja tej idei.

Na ARMie moi drodzy czytelnicy nie uświadczycie żadnych aplikacji znanych wam z waszych desktopów. To czego natomiast doświadczycie będzie kikutem zasłaniającym wady continuum. Ten tryb będzie niczym więcej jak pracą mobilnego Windows Phona na większej rozdzielczości. Wszystkie zaprezentowane na konferencji aplikacje są najzwyczajniej w świecie przeskalowaniem aplikacji istniejących na aktualnym Windows Phone do wyższej rozdzielczości. Zmianie położenia guzików funkcyjnych i Voilà, macie moi drodzy Państwo długo wyczekiwany, zachwalany tryb continuum, który sprawi, że "nie będziecie już potrzebować swojego laptopa do pracy".

A tak naprawdę otrzymujecie to samo, co aktualnie posiadają użytkownicy tabletów androidowych. Aplikacja z telefonu odpalana na tablecie o wyższej rozdzielczości dostaje nie tyle nowych funkcjonalności, co lepszego userexperience oraz większej przestrzeni roboczej. Otrzymujecie moi drodzy - kikuta.
To ja może jednak podziękuję, zjem w domu.