Absolutnie żadnych lag

Techniczno-życiowy blog.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry. Pokaż wszystkie posty

[Vicious][Gawędy pofai] O wielkości gier i dysków, o nowej generacji i starych zwyczajach

Ostatnim czasem głośno się porobiło w świecie elektronicznej rozrywki o dyskach w nowej generacji konsol. I rzeczywiście jest to dość ciekawy temat. Sony do PS5 wrzuciło niecały 1TB dysk z czego do użytku gracza pozostało ok 660gb. W słabszej wersji Xboxa dostajemy dysk o pojemności ok 500GB, a dodatkowy dysk (tak możemy kupić dodatkowy dysk 1TB) kosztuje w sklepach ok 1tyś zł. Do PS5 nawet nie możemy dodać dysku zewnętrznego na dzień dzisiejszy.

 

Jakie to ma dla nas – graczy – znaczenie? Wydaje mi się, że dość duże. I to negatywne dla świata gier. Dlaczego? Ponieważ słynny PC Master Race rzeczywiście dostaje teraz wodę na młyn, wiatr w żagle itd. itd. Na PC ograniczają nas tylko pieniądze – pojemności możemy sobie wybrać do woli. Bo popatrzcie – COD Warzone zajmuje już ponad 250GB (!). RDR2 zajmuje ok 100GB. To już nam daje 350GB. Na DWIE gry. Średnia wielkość gier AAA dzisiaj to ok 50GB. Domyślam się, że taki Cyberpunk 2077 będzie zajmował ok 150GB. To jest szalone. Mocno. Gier będziemy mogli zainstalować coraz mniej. I to zaczyna być problemem nowej generacji. Rozwiązaniem może być granie z chmury – bądź pobieranie w trakcie gry pewnych danych z chmury – jak to jest w przypadku Microsoft Flight Simulator. Tylko – czy to rzeczywiście takie dobre? Producent zamknie serwery, stracimy dostęp do internetu – i już nie zagramy.

 

Inną kwestią jest wielkość gier. Twórców chyba już mocno pogięło w tym temacie. Wspomniany RDR2, Warzone – a można wymieniać i wymieniać. Dla porównania – CAŁA biblioteka gier na SNES ma nie całe 10GB. Czy gameplay'a jest tam mniej? Dalej – Risk Of Rain 1 – nie całe 100MB, Binding of Isaac – ok 1GB. Jestem w stanie pojąć, że gra może zajmować do 50GB – jak np. Wiedźmin 3 – gdzie naprawdę mamy sporo kontentu. Jednakże – 100 i więcej ? Mój pierwszy dysk w komputerze to był 800MB, kolejny 2,1GB nie wiedziałem czym mógłbym go zapchać. Teraz ludzie się burzą jak dostają 32GB w telefonie. Wszystko staje na głowie. Programiści zamiast iść w gejmplej – to ładują scenki z MotionCapture, filmiki po pół godziny a resztę grania dopychają nic nie znaczącym grindingiem, szukaniem znajdziek na mapie, znajdowaniem nikomu na nic nie potrzebnych znajdziek (np. pudełka papierosów w RDR2, Plakatów czy magazynów w grach Mafia) bo nagle okazuje się, że takiego stricte grania jest na 5-10h. Wystarczy popatrzyć na masę małych gier – zwanych nie wiem czemu Indie – małych rozmiarem fizycznym ale z masą grywalności. Coś jest ostatnio nie tak. Duże gry AAA – zajmują od cholery miejsca, często wychodzą z bugami które tylko żenują, łatki "day-one" zajmują po kilkadziesiąt GB. Dostajemy obraz istnego szaleństwa. Przestrzeń 100GB już dawno przestała robić wrażenie. A grywalności? Naprawdę jest tak dużo? Popatrzmy na RDR2 – dłuuugie sceny jazdy na koniu – masa zadań pobocznych – przejście gry zajmuje ok 50h. Ale jakby to skrócić do podstawowego gejmpleja – nie bawiąc się w poboczne rzeczy i przyśpieszając dłuuugie sekwencje jazdy – starczyłoby góra na 10h. Death Stranding – tam prawie nie ma gejmpleja – chodzenia co niemiara, nie wiele się dzieje, masa pobocznych i nic nie wnoszących questów. Normalnie jakby dostać obuchem w ryj. Coś mi się zdaje, że rynek gier zapędza się w kozi róg. Nie wiedzą w którą stronę leźć. Przykład Cyberpunku – przekładanie premiery, gra we wczesnym stadium okazuje się średnim tytułem, wykorzystywanie pracowników itd. Do czego zmierzają twórcy? Do przyjemności z grania czy do walki o lepsze parametry rozdzielczości, fpsów czy szczegółowości wykonania gałki ocznej piłkarza? Na co komu to? PC master race – rozumiem. Ale na konsolach to ja chcę grywalności bez zastanawiania się czy mi się dany tytuł odpali czy też nie. Chce wsadzić płytkę i grać a nie ciągnąć co tydzień łatek po x GB. I trzymać kolosy na dysku o wielkości XXX Gb.

 

Z tego też powodu widzę dwa wnioski. 1. Pozycja Switcha jest niezagrożona. Twórcy małych tytułów mają platformę (bardzo duża ilość egzemplarzy konsoli – ostatnio sprzedaż przekroczyła 70mln sztuk) na którą warto wydać gry. W Switchu mamy karty microSD – ja mam wmontowaną kartę 256GB – mam wolne jeszcze ze 100GB a mam zainstalowane ok 30-40 tytułów – w tym naprawdę duże pozycje jak Borderlands 2 czy też Captain Tsubasa, Saints Row. Ta konsola będzie mekką dla graczy i mobilnych i stacjonarnych którzy nie gonią za ultra realistyczną grafiką, 120fps w 8k. Grywalność przede wszystkim w znośnej oprawie audio-wizualnej. Szczególnie, że jest to handheld o mocy Xboxa360 lub PS3. GTA5 mogłoby już dawno na niej działać. A przykład takiej Zeldy BOTW pokazuje, że można zrobić naprawdę przepiękne gry AAA mniejszym kosztem. Rune Factor 5 wygląda też niesamowicie a na pewno nie będzie zajmował 50gb.

2. PCty wygrają w walce z graczami pro (nie lubię tych podziałów). Ta generacja – oprócz w miarę sensownej ceny – w ogóle nie ma sensu. Za rok-dwa będzie przestarzała a każdy będzie musiał wydać dodatkowe pieniądze na dyski. I przykład xkloca pokazuje, że ceny są astronomiczne – zupełnie nie współmierne do cen dysków na PC. Różnica w ładowaniu gier na poziomie 30sek nie przemówi na korzyść w żaden sposób. Zresztą – kto odpala 10 gier w tle? I przełącza się między nimi? To był tak wielki problem w konsolach PS4-Xone? Serio? Mainfeature? Za cenę nowej konsoli kupimy kartę graficzną która może nam posłużyć kilka dobrych lat. Całą resztę złożymy za cenę drugiej konsoli. Ale – mamy wszystko co trzeba. A w przypadku konsol? ….

 

Musimy zaczekać by dowiedzieć się co przyniesie przyszłość. Ale dla PS5 i Xkloca nie widzę wielkich szans na powtórzenie wyników poprzedniej generacji. Będzie ciężko. Ja zostaję na razie z PS4 – szczególnie, że Sony obiecało wsparcie dla tej konsoli na kolejne lata – i przede wszystkim ze Switchem – gdzie ostatnie wakacje pokazały jak to jest fajnie rozwiązana konsola. Będąc w pensjonatach mogłem się cieszyć grą w swoje ulubione tytuły nie musząc targać TV, kloca w postaci konsoli i do tego pada. Twórcom gier życzę ogarnięcia się w produkcji – to ile zajmują teraz gry zakrawa o kpinę.

STORY OF SEASONS: Friends of Mineral Town - Recenzja

A zaczęło się to tak 

Nintendo Switch cieszy się zainteresowaniem studiów produkujących gry. Prawie od początku swojego żywotu platforma ta może się szczycić bogatą biblioteką portów, remasterów i reedycji już istniejących gier.
Wielu graczom jest to nie na rękę, z racji tego iż posiadają systemy na których mieli okazję zapoznać się z większoscią tytułów. W podobny sposób do Switcha odnoszę się także ja.
Spróbujcie sobie wyobrazić jakim miłym newsem była dla mnie zapowiedź remake jednej z moich ulubionych serii, jednej z moich ulubionej części - Harvest Moon: Friends of Mineral Town. Gra ta jest mi, oraz większości autorów tego bloga, wyjątkowo bliska.  Vicek przegrał w nią połowę swoich studiów a ja większość mojego liceum.

Nie sposób się nie cieszyć na remake.


Archetyp leniwego game designu, TLDR: miodności tu mało

Ostry początek recenzji, nie? :D Postaram się przejść z wami przez swój proces myślowy, który doprowadził mnie do taniego wniosku.
Widzicie - im więcej gram w gry, tym bardziej wierzę że stara ocena gry na podstawie jej midoności jest wyjątkowo celna. Problemami recenzji które oceniają gry pod kątem tejże jest jednak fakt, iż rzadko kiedy posiadają one dobrze zwerbalizowane argumenty.

Postaram się nadać tej recenzji nieco struktury, a zarazem skupić się głównie na miodności tej gry.

A co to takiego ta miodność?

Według mnie miodność to składowa 3 (choć czasami mniej) aspektów:
  • klimatu
  • mechaniki (gameplayu) & naszej chęci do powrotu do danej gry

I tak łatwo by mi było skupić się na tych 3 aspektach, gdyby nie fakt że remake ze swojej natury jest  kopią, ekstrapolacją istniejącej gry i może być recenzowany tylko mając na uwadze orginał. Toteż dużo w tym tekście pojawi się porównań do orginału, który ma już 17 lat.


Klimat

Z mojego doświadczenia bycia graczem klimat gry tworzony jest podobnie jak klimat filmu, bądź też książki.

Świat, czasami też story building

Świat w którym dzieje się rozgrywka musi być albo interesujący albo taki w którym łatwo się odnajdziemy. Zauważcie że te dwa kryteria dość łatwo przypisać grom szeroko przyjętym jako dobre.
Pomyślcie o tytułach jak Final Fantasy, The Last of Us, Dark Souls, The Legend of Zelda - te gry tworzą światy które są dla nas po prostu ciekawe, nietuzinkowe. Z drugiej strony gry takie jak Stardew Valley, Battlefield (wbrez pozorom), Terraria, po częsci Minecraft - tworzą swiaty w których czujemy się bardzo szybko dobrze. Poznając ich podstawy łatwo się w nich odnajdujemy.


Jak wypada tu nowa część Harvest Moona? Podobnie jak orginał - świat w którym gramy jest przytulny, mały, z mocno ograniczoną liczbą miejsc które odwiedzamy.
Jedną z części uroku Harvest Moona, podobnie jak Stardew Valley, jest fakt iż świat ten łatwo porównać do naszego. Gramy w końcu osobą, która tak jak często my - mieszkała w mieście. Realizujemy swoje marzenie mieszkania na wsi.  Przedstawione otoczenie łatwo do nas przemawia, szybko rozumiemy kim jesteśmy i co mamy robić.
Świat ten wzbogacony jest, tak samo jak świat orginału, o aspekty fantastyczne. Harvest Goddess, Sprites oraz Kappa uświadamiają nam że Mineral Town nie istnieje w dokładnej kopii naszego świata, a w miejscu gdzie istnieje magia.


Problem w remaku stanowi to że aspekt fantastyczny został ukrócony i strywializowany.
Boginię poznajemy podobnie jak w grze na GBA, wrzucając do wodospadu jakąkolwiek rzecz. Problem w tym iż boginia spada z nieba z prędkością 100 metrów na sekundę, rzuca nam 3 linijki dialogu pełnego slangu, po czym odlatuje równie szybko jak przyleciała. Brak tu nadania jej charakteru istoty fantastycznej. Design tej postaci, widoczny obok, także mnie odrzuca. Avatary wszystkich postaci w remake zostały stworzone w typowym dla japońskich gier na smartphony stylu. Boginia wygląda jak losowy NPC z klikacza na telefon, który daje nam darmowe bonusy po zalogowaniu się w appce, kosmos.
Kappę poznajemy w podobny sposób jak w grze na gameboya. Przyznam - pozytywnie mnie to zaskoczyło po wpadce z boginią. Motyw z wrzucaniem ogórków dla nas, ludzi mieszkających na zachodzie, jest kompletnie niezrozumiały. Remake tłumaczy nam go po części, co jest poprawą world buildingu w porównaniu do orginału. Co z tego skoro Kappa  został kompletnie "zbishonifikowany", sprowadzony do poziomu kolejnego faceta NPC za którego można w tej grze wyjść. Jego design zmienił się kompletnie, ponownie nawiązując do nisko budżetowych gier na telefony mobilne. Co ja wam będę biadolił. Patrzcie na oficjalny obraz z zapowiedzi gry.

Pozostałe postaci osób mieszkających w Mineral Town nie zmieniły się od czasów Gameboya. Doszło natomiast kilka nowych, które nie wpasowują się w narrację tej gry. Istnieją poza historią gry, wydając się doklejonymi na siłę.

Zanim zakończę temat świata i klimatu muszę wspomnieć o moich skrzatach. Moi ukochani pomocnicy zostali zrównane do poziomu niewolników. Co prawda podobnie miało się to w orginale. Ale tam chociaż skrzaty zostały przedstawione krótką cutscenką, słodkim momentem gdy piły herbatę. Tu po wejsciu do ich hatki wita nas okno dialogowe z 6 stronami do przeczytania o mechanice ich pomocy na farmie. Kolejny raz gra wyprowadza nas z immersji.


Grafika i jej styl

 

Nie sposób nie pisać o stylu graficznym pisząc o grze. W poprzednim punkcie wspominalem iż styl przyjęty do avatarów postaci mnie odrzuca przez brak dopasowania do świata przedstawionego. Opinie o tym czy grafika i styl graficzny się nam podobają są bardzo subiektywne, miejcie to na uwadze czytając dalszą część tego punktu.
 
Jeżeli przez ostatnie 5 lat graliście w gry indie na steamie, tanie produkcje na konsolach (szczególnie nintendo i sony) to nie będzie wam obcy styl gier "robiony na unity". Gry sklejone z darmowych modeli dostępnych na necie. Rzadko kiedy pasujących do siebie, nie stanowiących całości.
Story of Seasons ma się do tych gier nieco lepiej. Widać częściowe zapożyczenie modeli z poprzednich częsci (model rzepki widzę od czasów gamecube), ale nie rzuca się ono w oczy.
To co rzuca się w oczy to brak cieni, shaderów, niskiej jakości tekstury, niskiej rozdzielczości modele.
Gnysek ostatnio pisał o innej częsci harvesta, gdzie nazwał ją "jak robioną przez studentów na zaliczenie". Tu modele są podobne. Wygladają jak zerżnięte z gry mobilnej w skali 1:1. Wszystko od drzew, trawy, zwierząt, roślin, budynków. To wszystko wygląda jakby było produkowane na gamecuba, a nawet gorzej. Na dodatek został zastosowany filtr rozmycia gaussowskiego przez co gra ma ostrość zaledwie w centrum obrazu. Wszystko na jego rogach jest rozmazane, sprawiając wrażenie ukrywania niedopracowania.

Niestety grafika w porównaniu do orginału wypada mocno na minus. Orginalna gra oferowała grafikę 2D z uroczymi spritami, w jednolitym stylu graficznym. Remake wydaje się być sklejony z darmowych assetów oraz modeli z poprzednich gier. W kombinacji z okropnym, tanim designem postaci oraz filtrami rozmycia ukrywającymi niedoskonałości jest źle, bardzo źle.

A wiecie o czym jeszcze nie wspominałem? O animacji w tej grze. Pokemonom w zeszłym roku oberwało się za leniwe używanie beznamiętnych animacji. Story of Seasons bije to na głowę. Tu animacji nie ma praktycznie wcale. Te które istnieją są niedopasowane do stylu graficznego, różne od siebie, momentami za długie.

Muzyka i dźwięk

Osoby które mnie znają wiedzą że często gram w gry bez dźwięku, toteż ten rzadko mi przeszkadza. W Story of Seasons przeszkadza mi on jednak ponad miarę, dokładnie wiem dlaczego.

Widzicie - muzyka sama w sobie jest świetna. Odswieżono wszystkie motywy z orginału. Zmodernizowano je pod kątem instrumentów i jakości. Muzyka jest świetna, pewnie trafi na moją playlistę do odsłuchu w pracy.
To co nie jest tak świetne to to, że całą immersję którą tworzy muzyka zabijają efekty dźwiękowe. To one utwierdziły mnie w opinii iż Story of Seasons jest "grą unity" posklejaną z assetów. Po prostu posłuchajcie dźwięków z gameplaya powyżej.

Skupcie się na:
  • dźwięku biegania
  • ogólnej ciszy przerywanej oderwanymi od klimatu dźwiękami fanfar i powiadomień (ponownie, gry mobilne maczały tu palce)
  • repetywnego dzwięku poruszania się (który słyszy się przez większość gry)
  • przeszywającego uszy i duszę dźwięku zbierania wykopanych pieniędzy
  • niedopasowanych dźwięków animacji



Wiecie że zazwyczaj wolę dźwięk i muzykę z remaków i remasterów. Nie jestem fanem retro który łyka styl 16 bitowy jak pelikan. Ale wewnątrz swojej głowy podłóżcie efekty dźwiękowe z GBA i zobaczycie, że oprawa audio tej gry kaleczy ją bardziej aniżeli oprawa wizualna.
Najzwyczajniej przykro mi tylko iż tak dobrze udane nowe kompozycje są rujnowane przez resztę dźwięku.

Chęć powrotu do gry - gameplay i gameplay loops

Gry takie jak Dark Souls, Battlefield, Minecraft czy Stardew Valley sprawiają iż często do nich wracamy. Dzieje się tak za sprawą kombinacji dopracowanych mechanik oraz klimatu gry.
Polecam zapoznać się z analizą problemu mechaniki gier video i naszej chęci w jej uczestniczeniu którą zajął się Adama Millarda w swoim materiale na youtube.

Mechanicznie Story of Seasons zaczerpuje mocno z orginału i jest to jedna z największych zalet tego remaku. Napotkamy tu dobrze nam znane jakości naszych upraw i produktów zwierzęcych.
Sam tytuł gry wspomina też o sezonach - podobnie jak w innych częściach Harvest Moona grają one tak samo istotną rolę także w tej części w kontekscie upraw. Produkty zwierzęce dalej możemy przekształcać w sery, majonezy i podobne. Dalej możemy przy użyciu wszyskitch produktów gotować, do czego zachęcają nam bonusy płynące z jedzenia. Gdy znudzi nam się wieczne podlewanie pomidorów (mimo iż dalej jest satysfakcjonujące) i zleciny brudną robotę skrzatom możemy się cieszyć zejściem do kopalni czy też mechaniką przyjaźni i miłości.

Widzicie, ja osobiście wierzę iż mechanika to nie tylko akcje i ich efekty. Satysfakcja z mechanikii zależy bezpośrednio od dopasowania oprawy audiowizualnej. Tak przykładowo mechanika parry w Dark Souls 1, mimo iż identyczna z punktu widzenia akcji i timingu do innych częsci tej serii, za sprawą dopasowanej animacji jest uznwana za najlepszą z serii.
I niestety mechanikę Story of Seasons na dno ściąga właśnie brak tego dopasowania. Sztywne i nienaturalne animacje przeszkadzają. Nawet ogromne zbiory pomidorów nie są mi w stanie wynagrodzić katowania się codziennymi obowiązkami, które nie sprawiają przyjemności.

Gameplay i gameplay loops to jedna z najmocniejszych części tego remaku. Jeżeli jakiś aspekt tej gry uznać miałbym za dobry, a przynajmniej niezły, byłyby nim właśnie mechanika i gameplay loops.

Tylko tej miodności brak

Nie mogę nazwać tej gry dobrym remakiem, gdy orginał oferuje lepszą rozgrywkę. Nie mogę nazwać tej gry dobrym Harvest Moonem gdy inne części w cenie ćwierci tej części oferują więcej.

Story of Seasons: Friends of Mineral Town jest zrobione po najmniejszej linii oporu. Zapożycza praktycznie wszystko z innych częsci tej serii. Nie oferuje nic nowego, przy tym oferując mniej niż orginał.
Dokładnie taki archetyp gier wypychanych na siłę widać ostatnio coraz bardziej. Gry produkowane przez japończyków jak Digimon World: Next Order, Sorcery Saga: Curse of the Great Curry God, gry z serii Sword Art Online wpasowują się w ten sam archetyp gier sklejonych z innych gier, produkowanych na fali popularności tytułu. Tylko te gry nie kolą w oczy tak bardzo jak nowe Story of Sesons - one nie brandują się jako remake istniejących, świetnych gier.


Wydatek rzędu 40 funtów wydaje mi się nieuzasadniony. Mimo iż staram się nie bronić gier retro dużo bardziej polecam wam kupić używanego Nintendo DS Lite. Zapłacicie za niego mniej niż za samą tu opisywaną grę, ponadt na tej konsoli na wyciągnięcie ręki macie wiele tytułow, które pod każdym względem są lepsze od Story of Seasons: Friends of Mineral Town
  • Rune Factory które oferuje innowacyjną mechanikę walki, dungeonów i many. Do tego oczerowuje piękną, nawet jak na dzisiejsze czasy, oprawą graficzną.
  • Harvest Moon: Grand Bazaar które przyciąga mnie od lat za sprawą satysfakcji i frajdy którą daje sprzedawanie na bazarku i związane z tym manipulowanie cenami :D
  • Harvest Moon: Sunshine Islands które bije na głowę opisywanego tu remake pod kątem przedstawionego świata i przyjemnosci z gry
  • I finalnie za pomocą Nintendo DS Lite będziecie mieli okazję zagrać w Havrest Moon: Friends of Mineral Town które w obiektywnie jest lepszą grą niz jej remake

Pozdro i do oczytania,
Prosty

[Vicious] Czy czeka nas kryzys jak w roku 1983 ?

Może śmiało postawiona teza. Ale. Ostatnio to co się dzieje w branży gier wideo daje sporo do myślenia. Zacznijmy po kolei.

1. Dziwne kroki Sony

Sony ze swoją Playstation 5 robi bardzo dziwne rzeczy. Nadal nie wiemy :

- jak konsola wygląda
- jaka ma być cena
- startowe tytuły
- jak wygląda sprawa wstecznej kompatybilności
- jak wygląda sprawa z dostawą części do produkcji konsol w dobie pandemii
- PS4 sprzedaje się nadal jak szalone (to tak na dodatek)

Sprawa związana z konsolą Sony jest bardzo mglista i dziwna. Mamy maj. Nadal na dobrą sprawę nic nie wiemy o samej konsoli. Jak wygląda, co będzie można na niej robić itd itd. Wszystkie te konferencje jakie Sony robiło wyglądało dla mnie jako mydlenie oczu. Mamy super dysk... Patrzcie jakie mamy logo... Tak wygląda nasz pad... Ale gdzie konkrety ? Konsola ma być w sprzedaży za pół roku! I nic o niej nadal w sumie nie wiemy!

2. Brak exclusive dla nowego Xklocka.

To był jedno z największych info jakie mnie zaskoczyło. Wydać konsolę. Bez gier exclusive... I to przez okres dwóch lat. I jeszcze śmiało o tym mówić na forum publicznym podczas prezentacji nowej konsoli. Po dwóch latach to konstrukcja zawarta w konsoli będzie już przestarzała!!! Co to za kretyński pomysł ?! Udostępnianie gier na komputerach w serii Gamepass to też bardzo ciekawa zagrywka. Niech mi ktoś wyjaśni - po co mam kupować tą konsolę (jak za dwa lata to będzie produkt już ze średniej półki) jak zapewne pogram w dany tytuł na PC ? Nie lepiej kupić bardziej uniwersalny komputer (gdzie mogę zawsze zmienić podzespoły) niż brać konsolę która nie ma niczego ciekawego do zaoferowania ?

3. Nintendo zamyka sklep eshop w niektórych krajach.

Eshop dla WiiU oraz 3dsa ma być zamknięty w niektórych krajach ameryki południowej. OK - chodzi o sklepy w których można tylko odebrać produkty z kodów. OK - może i nie ma tam wielkich rzeczy ale update'y gier i konsol ? Co z nimi ? To aż tak wielki problem dla Big N ? Aż tak cienko już przędą ? Dodatkowo - odwołany Nintendo Direct czerwcowy, brak zapowiedzi gier od samej Niny... To już naprawdę nie brzmi ciekawie. Czyżby aż tak było ciężko Japończykom? Sprzedaż samych konsol jest utrudniona przez problem z dostawą części do produkcji. Cisza jaka jest od Nintendo też jest przerażająca.

4. Odwołane wszystkie większe imprezy.

Nie będzie E3. Nie będzie Gamescom. Niby ma być coś w postaci webinariów. Niby. Sony robi swoje bieda-konferencje, M$ opowiada jakie xkloc jest fantastyczne - ale bez gier na wyłączność, Nina odwołuje nawet swoje własne Directy... Dodajmy do tego opóźnienia w premierach gier (przenoszone nagle i po diable) - głośne ostatnio The Last of Us 2 czy też Cyberpunk 2077. I mamy bardzo ciekawy obraz branży.

5. Praca zdalna

Wszyscy deweloperzy muszą pracować zdalnie. Ktoś powie - ale to przecież w dobie szybkich internetów to nie wielki problem. Programiści się zgadają i mogą być cały czas dla siebie dostępni Online więc dadzą radę. Prawda ? No nie... W dobie złożoności ówczesnych produkcji potrzeba wielu branż. Przykładowo - Motion Capture - do tego są potrzebni aktorzy, masa sprzętu, godziny prac przenoszenia ruchów do gry. Drugim świetnym przykładem jest soundtrack - jak mają się zbierać i nagrywać orkiestry symfoniczne, zespoły muzyczne kiedy sami nie mogą pracować ?


To wszystko zbiera się na dziwny obraz całości. Z jednej strony siedzimy więcej w domach więc i sprzęt do grania sprzedaje się jak świeże bułeczki, gry schodzą fantastycznie. Ale... Nowych gier AAA nie ma za wiele. Masa popierdółek, Indie (które już dawno przestały być indie) i remastery - to jest to co dostajemy. Ile na tym branża wyżyje ? Do tego dodajmy rok w którym miały się pojawić nowe konsole - czyli zmiana branży - w momencie kryzysu światowego każe raczej ostrożnie patrzeć w przyszłość. Ja szczerze obawiam się, że może nas czekać kryzys jak w latach 80tych. Duży wydawcy działają dość słabo ostatnimi latami (Blizzard/Acclaim, EA, Dice) zaliczając wpadki za wpadkami. Odwoływane są duże tytuły (jak chociażby ostatnio WWE 21), wstrzymane plany rozwoju już istniejących (koniec scenariuszy dla Battlefield 5). The Last Of Us 2 - odwołana w ostatniej chwili premiera połączona ze zwrotem pieniędzy graczom którzy zamówili grę w preorderze (niby ma wyjść w lipcu ale to zobaczymy co to będzie), Horizon Zero Dawn - zapowiedziana na PC exclusive z PS4 (jakoś gadka o chęci dotarcia do większej rzeszy graczy do mnie nie przemawia), przełożona premiera Death Stranding na PC. No dużo się dzieje negatywnego na rynku. Ja czekam z niecierpliwością co będzie dalej w mojej ukochanej branży rozrywkowej.

[Vicious] O Nintendo Switch słów kilka(naście)...

DAMN jak dawno tutaj nic nie pisałem :D . Chyba jak każdy. Za nie długo minie 5 lat.

Ale do rzeczy. Od 3 miesięcy męczę u siebie konsolę Nintendo Switch - konsolę, którą hejciłem bardzo długo. Postanowiłem ją sobie zakupić jako produkt do hoteli (moja obecna praca polega na wyjazdach delegacyjnych często z nocowaniem po hotelach). Miałem w planach kupno albo tabletu iPada albo właśnie konsolkę Switch. Po ogarnięciu wszystkich za i przeciw wybór padł na konsolę od N. Na początku podchodziłem do niej jak do produktu na którym odpalę emulatorki, androida i od czasu do czasu jakąś gierkę z biblioteki Switcha. I jak się zmieniło wciągu tych 3 miesięcy ? Ano zmieniło wiele... PS4 od dłuższego czasu leży nie używane a ja ciupie w giery na Switchu że aż miło. Kupiłem już parę gierek i nie mogę się oderwać.

Switch - materiał na najlepszą konsolę wszech-czasów ?

Po 3 miesiącach obcowania z produktem od Niny mogę śmiało stwierdzić, że z zagorzałego przeciwnika Switcha stałem się zagorzałym jego miłośnikiem. Dlaczego ? Przyczyn jest wiele. Nade wszystko mobilność. Mogę grać na tej konsoli dosłownie wszędzie. W łóżku, na fotelu, przed TV. Przełączanie między trybami mobilnymi a przenośnymi jest nie zauważalne, szybkie i wygodne - tak jak powinno to wyglądać. Gry w wersji na TV wyglądają lepiej i działają lepiej - ale to mobilne granie daje fantastyczną satysfakcję! I ta świadomość - zagrasz tak jak lubisz i gdzie lubisz. Zamiast np. kisić się w domu przed TV - pyk wyciągamy konsolkę i idziemy grać na leżaczku przed domem. Tak to jest to co brakuje PS4 czy XB1. PS4 ma zalążek tego (granie Remote na Vicie) ale działa to jak działa. Z lagami, zależne to wszystko od prędkości naszego routera i jakością nie dorównuje konsolce Niny (abstrahując od tego, że trzeba kupić konsolę dodatkową).

Kolejny plus tej konsoli to wielkość - to jest na dobrą sprawę tablecik (6 calowy) z przyczepionymi padami. Joycony (pady) są dość dyskusyjnym tematem - czy wygodne, że "latają" w dokach tabletu etc. etc. Ale ich pomysł jest kolejnym plusem. Można wyjąć obydwa i włączyć grę dla dwóch - każdy łapie swojego joycona i zabawa gwarantowana. Właśnie - zabawa. Couch multiplayer praktycznie jest martwy dla konsol ze stajni M$ czy Sony. A nawet jak jest to jest utrudniony (np. na Sony musimy założyć konto dla drugiego gracza - nawet jak chcemy zagrać parę partii w jakąś gierkę bo ktoś wpadł do nas na 15min). Spora część gier w konsoli od Niny ma wbudowany multiplayer. Dzielony jest ekran - i zabawa na całego. I to często do 4 graczy naraz! Bomba !Tego w dzisiejszych brak (szczególnie mi) brakuje. Prostego multi na jednej kanapie w gronie przyjaciół/rodziny.

Tablecik - mimo że mały - nie dość, że ma podzespoły o wiele starszego Nvidia Shield (opartego na androidzie) to troszkę mocy ma (wg. danych 1 Tflop). Udowadniają to programiści którzy portują gry na pstryczka. Mianowicie taki Wiedźmin 3 - który nadal jest dość wymagającą grą na PC - na Switchu sprawdza się fantastycznie. Działa w stałym klatkarzu, na TV prezentuje się całkiem nie najgorzej. Metro (stare strzelanki) - działają płynnie i wyglądają fantastycznie. Tu musimy przejść do pewnej sprawy - Switch nie jest dla ludzi którzy wymagają 60FPS w 4k. Ogólnie jest teraz taki trend, że wszystko musi działać ultra płynnie w najwyższej rozdziałce bo inaczej to jest kompletnie nie grywalne. Jednak dla takich dziadów jak ja - gdzie często nie miało się 20 FPSów (ach pamiętne granie w Quake w 20 FPSach czy też Tomb Raider w 15) - gdzie nie stawiam płynności rozrywki na piedestał grywalności jest to strzał w 10tkę. Mnie szczerze mierzi 60fps (nie dałem rady ograć metro na PS4 bo tam ten klatkarz działał negatywnie na mój układ trawienny). 4k mnie nie interesuje. Mnie interesuje grywalność, mobilność i spokój święty. I jak będę miał dostęp do gier na Switchu czy innej platformie to wybiorę Switcha. Proste. Bo wygoda...

Oczywiście konsola ma swoje wady. Pierwsze to wykonanie joycon'ów... Te analogi... Driffting pojawił się po 3 miesiącach na lewym joyconie. Denerwujące - a jedyną możliwością naprawy jest wymiana. Wymiana - i potrzeba śrubkręta Y - dziwnego wymysłu niny. Śrubki Y szybko się ścierają więc po kilku takich wymianach nie wiem jak będzie wyglądała sprawa naprawy jakiejkolwiek. Kolejna sprawa - cena gier. Na switchu znajdziemy genialną bibliotekę gier tak z 5-8 lat starszych ale w cenie najnowszych tytułów (~250zł). Oczywiście jest cała gama indyków - na tej konsoli indyki rosną jak grzyby po deszczu - dobrze bo sporo z nich jest świetnych i na tej konsoli wyglądają wyśmienicie (Katana Zero, Ori and The Blind Forest etc.) - tylko znowu - CENA... Kolejna sprawa - wykonanie stacji dokującej... Kupiłem nieoryginalny dok. Poczytałem w internecie jakie są problemy z nimi. I wróciłem do oryginalnego (bardziej uciążliwego i rysującego ekran) ponieważ nie chcę spalić układu w konsoli... To co oni tam wymyślili (wraz z dziwną ładowarką - niestandardową na każdy możliwy sposób) woła o pomstę do nieba. Dziwię się, że Nina nie chce zarobić na tych peryferiach. Niech wydarzą ładowarkę do konsoli z wyjściem HDMI wbudowaną w kostkę (by nie męczyć się z dodatkowym dokiem) i już by mieli sprzedaż że hej.

Switch a konsole PS5 czy nowy Xkloc

Jestem zdania, że konsolka Niny ma wielki potencjał na walkę z najnowszymi konsolami, które mają się pojawić. Dlaczego tak uważam ? Ponieważ koszt produkcji nowych gier będzie stale rósł - z prostego względu. Wysokie rozdzielczości wymagają lepszej jakości tekstur, lepszej jakości dźwięku, lepszych detali, lepszego motion capture itd itd. Czas pracy nad takim tytułem będzie szalenie długi i czasochłonny. Studia które będą miały pomysł na grę, ale nie będą mieli finansów będą mieli gdzie taką grę wydać. Na rynku jest miejsce dla słabszego sprzętu. Prostej architektury na którą można przecież zrobić wiele remasterów starych gierek i dorobić parę groszy. Szczególnie, że baza konsol rośnie z miesiąca na miesiąc - więc i odbiorców jest coraz więcej. I nie zapominajmy, że rynek gier w większości należy do mobilnych tytułów - czyli, że ludzie kochają PROSTE i nie rozbudowane gry. Nie potrzebują do tego 4k 120fps, HDR, 3D i bóg wie czego jeszcze.

Ale ale. Jest parę ALE. Nintendo musi w końcu wprowadzić pełnoprawne apki jak Netflix, Spotify czy HBO. Bez społecznościowych aplikacji Switch bardzo wiele traci. Jakbym mógł oglądać film Netflixa na tablecie - po czym przejść do salonu i dokończył oglądanie na 40 calowym TV to byłby strzał w dziesiątkę. Nie rozumiem polityki Nintendo w tym miejscu. Brak zwykłej przeglądarki, możliwości zajrzenia do Spotify jest dla mnie strzałem w kolano.

Kolejna sprawa - nie zrozumiała dla mnie zupełnie - wydanie Nintendo Switch Lite... Najważniejszy feature czyli granie na TV przestał istnieć na tej wersji. Mniejszy ekran, na stałe wbudowane kontrolery... Handheld za prawie 1k zł. Gdyby zostawili jakąś opcję na podłączenie do TV. Nope. Jakby Nintendo kompletnie nie wiedziało w którą stronę się wybrać. Czy w stronę Handhelda czy stacjonarki. Nie zrozumiały dla mnie krok, który może pogrzebać fantastyczny pomysł.


Podsumowując

Jeżeli szukamy konsolki, którą możemy zabrać ze sobą wszędzie, podpiąć do TV gdy mamy możliwość, na dodatek kochamy tytuły od Nintendo - to jest to strzał w dziesiątkę. Cena samej konsoli oraz gier trochę odstrasza. Ale jednak jest to naprawdę świetny sprzęt. I ma przyszłość przed sobą.

[Vicious] Monster Hunter 4 Ultimate [cz.2]

Długo zbierałem się za napisanie tej recenzji. Zresztą mocno opóźnionej, bo przecież gra wyszła w lutym! Cóż począć – czasu mało, roboty sporo a chęci też nie za wiele.

Kto mnie zna, ten wie, że jestem fanem serii już od wielu wielu lat. Grałem chyba we wszystkie części i wszystkie wspominam z największą przyjemnością. Za niedościgniony wzór uważałem Freedom Unite. Dużo też ograłem w wersję Portable 3rd oraz Tri. Nowości zaprezentowane w tych ostatnich niektóre przypadły mi do gustu – inne mniej. Ale teraz mamy już wersję 4 Ultimate (czyli na dobrą sprawę rozwiniętą „czwórkę”, która na nasze nieszczęście została wydana tylko i wyłącznie w Japonii). Jak zobaczyłem 3DSa w wersji limitowanej i to w nowej edycji (New 3ds XL) to postanowiłem – musze ją mieć. To będzie dla mnie gra na min. rok jak nie dłużej. I nie pomyliłem się…

Co się zmieniło w porównaniu do poprzednich części ? Ano sporo. Jest w końcu sprawny tutorial, jest kilka miasteczek (nie jedno), są dwie Guild Hall’e (gwoli przypomnienia każda poprzednia część miała do zaoferowania jedno miasteczko i jeden Guild Hall). Liczba monstrów do ubicia prześcignęła tą znaną z Freedom Unite, dostaliśmy dwie nowe bronie (Insect Glaive oraz Charge Blade), masę nowej zawartości w postaci przedmiotów, zbroi, Hone broni (o tym później), nowych skilli, skakania (walka na kilku poziomach w pionie).

Mieszanka wyszła nad wyraz smakowita. Dla pojedynczego gracza otrzymaliśmy fantastyczną kampanię, możliwość uczestniczenia w wyprawach (gdzie nie ma ograniczeń czasowych), możemy zdobyć relic weapons oraz armor (sprzęt niedostępny nigdzie indziej – czasami możemy trafić na niesamowicie potężne sprzęty), przedmioty nie dostępne nigdzie indziej, no i wyzwania w postaci nie takich znowu łatwych potworów do ubicia. Gracze singlowi nie będą się nudzili – ok. 50h do ukończenia głównego wątku i ok. 80-100h by wykonać wszystkie przygody.

Gra sieciowa w końcu doczekała się gry przez Internet na konsoli przenośnej. To było to na co chyba wszyscy czekaliśmy. Nareszcie można by rzec. Wyszukiwarka pokoi została świetnie pomyślana (możemy szukać gier gdzie gracze robią odpowiednie questy – np. farmią Tigerexy). Super. Dodano okienko do chatów (niestety brak chatu głosowego) gdzie możemy porozumiewać się z graczami dzięki dotykowej klawiaturce. Ludzi chętnych do gry jest sporo (praktycznie zawsze znajdziemy interesujący nas pokój, gdzie ktoś robi Quest który my chcemy zrobić), rzadko kiedy wyrzuca nas lub innych graczy z gry (chociaż jest to szczególnie wkurzające jak walczymy z wyjątkowo ostrą bestią a tu nagle PYK – wszyscy padają na ziemię i pojawia się napis „xxxxx wyszedł z guild hall” a Ty zostajesz sam na sam z potworkiem). Tak czy inaczej – jest miód. Mega miód. Dla graczy hardcorowych do zdobycia HR 999 i Gold Crown (co ciekawe kilka takich osób już spotkałem). Dla zapaleńców setki godzin grania.

Co do nowości. Zniknęły farmy. I chyba ostatecznie. Na początku nie czułem nowego systemu pozyskiwania przedmiotów o mniejszej wartości (ale ważnych do tworzenia np. mikstur) lecz po pewnym czasie doceniłem go. Myślę, że tak już powinno zostać i twórcy nigdy nie powinni pakować się w inne pomysły. Na czym to polega ? W mieście jest staruszek który (po odblokowaniu) posiada 3 sloty w których możemy zamawiać różnego rodzaju dobra (podzielone na cztery kategorie) za punkty zdobywane w questach. Dodatkowo za te punkty możemy wymieniać na przedmioty, a jeszcze inne przedmioty na inne. Wiem brzmi to pokrętnie – ale ważne, że to działa tak jak należy (przykładowo w grze brak Azurosa czy Narcagugi (chlip) – ale możemy zrobić ich zbroje właśnie wymieniając przedmioty z innych potworów na ich odpowiedniki).

Nowe bronie wspaniale wpisują się w nowy system (gry w pionie). Za pomocą Insect Glaive możemy skakać dzięki czemu łatwiej możemy dosiąść potwora (też nowość). Po osiodłaniu monstra otrzymujemy prostą mini gierkę w której potwór chce nas zrzucić a my staramy się go na tyle pokiereszować by się wywrócił (i stracił sporo HP). Znacząco to urozmaica rozrywkę. No i mamy uczepioną do naszej dłoni robaka – którego wystrzeliwujemy w stronę potwora w celu zdobycia różnych power’upów. Druga broń (moja nowa miłość w Monster Hunter) – Charge Blade – to dwie bronie w jednej. Ładowalna coś jak Switch Axe, lecz gra się nią zupełnie inaczej. Podstawowo jest to miecz i tarcza (jak sword and shield – ale bez możliwości używania przedmiotów przy wyciągniętej broni) a po transformacji wielki topór (z olbrzymią mocą niszczenia lecz nasza postać potwornie wolno się z nią porusza). W łatwy sposób możemy tworzyć niekończące się comba, ładując tarczę i wyzwalając ogromny ładunek atutu dołączonego do broni (np. ognia,lodu,wody etc.). Po naładowaniu tarczy blok jest prawie równy blokowi z Lancy (najpotężniejszej tarczy w grze). Ogólnie rzecz ujmując – nowe bronie wymagają nauki grania nimi. Czasami jest to długa i męcząca ścieżka. Lecz warta świeczki. Starsi gracze mogą grać swoimi starymi sprawdzonymi broniami (wszystkie są dostępne).

Kolejną nowością odnośnie broni jest tzw Hone (nie wiem jaki jest odpowiednik w języku polskim tego wyrazu). Ja bym to nazwał zaklęciem. Jeżeli mamy broń o poziomie RARE 9 lub 10 – i nie da się jej już ulepszyć, to możemy ją zakląć. Mamy trzy możliwości – zwiększenie ataku, obrony lub dodanie leczenia (raz na jakiś czas atak na potwora uleczy nas). Zwiększa to sporo możliwości i zwiększa urozmaicenie.

Kolejną nowością jest zaraza (siana przez nowe jak i stare monstra). Zaraza zmniejsza naszą obronę oraz atak, lecz jeżeli uda się nam z niej wyleczyć to otrzymujemy w nagrodę kryształy, które możemy później wymieniać na kopiowanie przedmiotów lub tzw. melding talizmanów (w celu uzyskania nowych- zupełnie losowych).

A jak wygląda sam gameplay ? Jest super. Gra stała się szybsza i bardziej żywiołowa od tej znanej z trzeciej czy drugiej generacji. Nowe lokacje nie urywają czerepu, ale dobrze wpasowywują się w nową filozofię gry (więcej gry w pionie) dzięki czemu jest masa półek skalnych, stopni, miejsc do wspinaczki etc. dzięki których możemy skakać na grzbiety potworów oraz dostać się w różne fragmenty mapy.

Reasumując. Jest więcej więcej więcej i jeszcze raz więcej. I zdecydowanie lepiej. Sterowanie na NEW 3DS XL nie powoduje, żadnych kłopotów. Jest przyjemne i szalenie wygodne. Te zmiany były potrzebne serii. Dodały powiew świeżości. A gracze pokochali tą część. I ja ją pokochałem. I każdemu polecam.

[Vicious] O serii Monster Hunter okiem Vicka.

Chcecie zagrać w trudną, frustrującą grę ? Macie naprawdę dużo czasu na rozwijanie swojej postaci ? Jesteście odporni na porażki ? Jeżeli tak to ta seria sowicie wynagrodzi wasze trudy. Witajcie w świecie potworów, w świecie który sprzedał się już w ponad 28 milionach sztuk na całym świecie. Lecz na dobrą sprawę gra jest popularna tylko w Japonii. W Ameryce czy Europie istnieje zaledwie garstka miłośników tej gry. Monster Hunter można albo kochać albo nienawidzić.

PS2 – pierwsza generacja

W marcu 2004 roku firma Capcom wydała w Japonii grę Monster Hunter. Tytuł ten w bardzo szybkim czasie sprzedawał się zadziwiająco dobrze. Japończycy zakochali się w świecie łowcy potworów. Dla nas – w bardziej zrozumiałym języku – gra została wydana rok później lecz z powodu braku reklamy tytuł ten nie zyskał dużej popularności. Po wejściu do menu głównego i kliknięciu „New Game” (w tle przygrywa motyw muzyczny, który towarzyszy serii po dziś dzień) przechodzimy przez ekran tworzenia postaci (dość rozbudowany – możemy wybrać płeć, kolor skóry, włosów, fryzurę, barwę głosu itd) i po chwili budzimy się w domku w wiosce.

Gra nie posiada żadnych tutoriali czy samouczków – jedynie pierwsze misje jakie weźmiemy od szefa wioski wytłumaczą co nie co zawiłość rozgrywki. I tu pojawia się pierwszy szkopuł przez który gracze spoza Japonii mogli nie zrozumieć tej gry. Ciężko jest początkującemu łowcy określić co ma robić, jakie przedmioty są mu potrzebne, do czego służą, jaki dobrać ekwipunek. Całości uczymy się metodą prób i błędów eksplorując mapy, zbierając co się da i pokonując wszystko co się rusza. Zadania przyznawane nam dzielą się na misje polegające na przyniesienie określonej ilości danych składników/rzeczy (np. złowić kilka ryb, przynieść trzy mięsa etc.), pokonanie jakiegoś potwora (tych jest najwięcej) czy też złapać grasujące w pobliżu monstrum. Wraz z wykonywaniem kolejnych misji otrzymujemy misję specjalną (zazwyczaj dużo trudniejszą od tych poprzednich) i po jej ukończeniu otrzymujemy dostęp do questów wyższego poziomu (określoną ilością gwiazdek – im ich więcej tym misje trudniejsze). Twórcy oddali graczom kilka regionów do łowienia (np. wulkan, pustynia czy bagna) każda o innym klimacie i podzielone na mniejsze segmenty. Nie wszystkim spodobało się takie rozwiązanie, gdyż pomiędzy poszczególnymi fragmentami pojawia się ekran z napisem „Loading” i chwilę musimy czekać aż się dany kawałek mapy załaduje. Początkowo sądzono, że jest to spowodowane małą ilością pamięci konsoli PS2 – jednakże do dnia dzisiejszego wszystkie gry z tej serii są w ten sposób podzielone. Ma to swoje plusy – każdy segment mapy jest bardzo bogaty w szczegóły, nie ma granicy widoczności (odległe elementy są cały czas doskonale widoczne) a gra utrzymuje stałe FPS nawet gdy na ekranie znajduje się kilka monstrów (i to różnej wielkości) na raz. Capcom zawiesił bardzo wysoko poprzeczkę jeżeli chodzi o faunę świata. Wszystkie stworzenia na które się natkniemy są bogato animowane, wydają różne dźwięki, inaczej się zachowują, każdy inaczej atakuje i inaczej się z nimi walczy. Począwszy od roślinożernych małych dinozaurów, które uciekają zaraz jak wyczują łowcę aż po potężnego Rathalosa (smok z intro) gdzie każde spotkanie z nim powoduje wydzielanie adrenaliny. Pokonanie monstrów łatwe nie jest (dodatkowo mamy limit czasowy na wykonanie zadania). Baaa – nie raz będziemy podchodzili do danego zadania po kilka-kilkanaście razy. Nie mamy podanych informacji o ilościach punktów życia potwora – to możemy odczytać tylko z jego zachowania oraz wyglądu co powoduje, że doświadczenie nie zdobywa nasz awatar łowcy lecz my sami. Początkujący laik nawet z najlepszym ekwipunkiem nie poradzi sobie nawet z prostszymi monstrami (natomiast doświadczony gracz nawet słabym sprzętem jest w stanie pokonać olbrzymie potwory). Do gry został dodany też tryb multiplayer – gdzie gracze z całego świata mogli (bo już nie mogą – serwery zostały zamknięte w 2008 roku) toczyć boje z trudniejszymi potworami i zdobywać rzadsze przedmioty walcząc do góra 4 łowców naraz. Do dyspozycji gracza oddano sporo różnego sprzętu – poprzez broń białą (jak np.miecze czy lance) po broń strzelecką (łuki i kusze) zbroje, zioła, mikstury itp. Nie znajdziemy w tej grze żadnych charakterystyk gracza (za wyjątkiem zdrowia oraz kondycji) – w tej grze uczy się gracz nie awatar. Wszystko to wpływa na głęboką imercję ze światem gry. W pewnym momencie każda plansza staje się znana jak własna kieszeń, wiemy jak się zachować gdy zaatakuje nas dany rodzaj monstra. Japończycy szybko uzależnili się od przygód i Capcom wydał dla nich w 2005 roku rozbudowaną wersję gry pod nazwą Monster Hunter G – gdzie do podstawowych monstrów doszły nowe podgatunki, dodano nowe rodzaje bronii, kuchnię gdzie koty (Felyny) pichcą dla nas pożywienie oraz szkołę treningową. W tym samym roku wydano też Monster Hunter Portable na konsolę PSP, która jest konwersją rozszerzonej wersji jedynki. Przystosowano sterowanie pod możliwości jednego analoga (zadawanie ciosów przypisano pod przyciski – w wersji na PS2 ciosy zadawało się drugim analogiem) i tylko dwóch triggerów. Reszta pozostała bez zmian. Sprzedaż konsoli PSP drastycznie wzrosła więc Capcom postanowił rok później wydać tą wersję gry dla reszty świata (pod nazwą Monster Hunter Freedom). Tytuł ten tak dobrze się sprzedawał, że tylko kwestią czasu było wydanie sequela.

Druga generacja – PSP górą.

Gdy cały świat ogrywał Monster Hunter Portable Japończycy dostali w swoje ręce Monster Hunter 2 na konsolę PS2. Plansze oraz potwory z jedynki przeszły lifting oraz dodano tryb dnia i nocy, zaczynaliśmy grę w nowej wiosce oraz dostaliśmy nowe rodzaje broni. Nowości w gruncie rzeczy nie było za dużo lecz nie przeszkodziło to by sprzedaż w Kraju Kwitnącej Wiśni była na wysokim poziomie. Na miejsce głównego monstra do pokonania wskoczył Tigerex – w Japonii jeden z ulubionych monstrów do dnia dzisiejszego. Capcom widząc, że sprzedaż na przenośne konsole była lepsza od konsol stacjonarnych postanowiła po raz kolejny przekonwertować tą grę na przenośną PSP pod nazwą Monster Hunter Portable 2 w 2007 roku oraz Monster Hunter Freedom 2 dla reszty świata w 2008. Wersje „portable” miały w gruncie rzeczy tylko jedną wadę w porównaniu do wersji stacjonarnych – multiplayer odbywał się lokalnie – nie było możliwości gry przez Internet. Wychodząc klientom naprzeciw Capcom w raz z wyjściem w 2008 roku Monster Hunter Portable 2nd G (bardziej rozwinięta druga część) stworzył punkty w miastach (na wzór naszych kafejek internetowych) gdzie gracze mogli się spotykać i wspólnie wykonywać questy.

W 2009 do reszty świata trafiła Monster Hunter Freedom Unite – MHP2ndG z Japonii. Jest to jedna z najbardziej rozbudowanych odsłon wersji i jedna z najbardziej popularnych – ponad 400 questów, ponad 1000 różnych broni białych, 350 strzeleckich, 2000 elementów zbroi. Gra została jeszcze wydana na iOS w 2014 roku z przystosowanym sterowaniem pod ekran dotykowy.

Trzecia generacja – Nintendo vs Sony

W 2009 roku fani przeżyli szok. Monster Hunter Tri – tylko na konsoli Nintendo Wii. Nowa generacja zrestartowała serię. Wszystkie mapy są nowe, część broni została usunięta, dodano samouczek, zmienili system detekcji obrażeń, ułatwiono zbieranie oraz wydobywanie surowców. Gra stała się też znacznie łatwiejsza co podzieliło fanów.

Dodano też misje rozgrywane pod wodą (co nie bardzo spodobało się miłośnikom tej gry) oraz tryb multiplayer przez Internet (co ciekawe Japończycy za grę wieloosobową musieli płacić abonament). Jak w pierwszej generacji przeważały tereny leśne, w drugiej mroźne góry – w trzeciej pierwsze skrzypce grają dżungle. W 2010 roku wyszła tylko w Japonii ostatnia wersja na konsolę PSP - Monster Hunter Portable 3rd – gdzie znajdziemy wszystkie rodzaje broni plus nowe z MHtri, powróciły stare monstra nieobecne w wersji Wii, kuchnia została zastąpiona gorącymi źródłami. Gra biła rekordy sprzedaży (najlepiej sprzedający się tytuł w Japonii na tą konsolkę – ponad 4,8 mln sprzedanych sztuk) co przyczyniło się też do sprzedaży ogromnej ilości konsol. Reszta świata patrzyła na wszystko z zazdrością – lecz gra nigdy nie wyszła poza region Japonii. W 2011 roku wydano wersję HD MHP3rd na konsolę PS3 – i było to ostateczne pożegnanie serii z Sony. Następne gry miały ukazywać się tylko na konsolę Nintendo. Fani często pytali – Czemu Nintendo ? Klarownej odpowiedzi nigdy nie poznaliśmy lecz można przypuszczać, że Big N wyłożyło spore ilości pieniędzy na wyłączność.
Najbardziej rozwinięta gra z tej generacji – Monster Hunter 3 Ultimate ujrzała światło dzienne w Japonii w 2011 roku oraz 2013 w Ameryce i Europie. Początkowo były to wydania tylko na konsolę 3DS a dopiero później otrzymaliśmy wersję na Wii U (w Japonii zwanej HD). Z ciekawostek: możliwa jest gra pomiędzy 3DSem a Wii U dzięki połączeniu przenośnej konsolki ze stacjonarną Wii U za pomocą WiFi, powróciły questy podwodne (nieobecne w MHP3rd), tradycyjnie nowe potwory a sterowanie zostało zoptymalizowane pod ekran dotykowy (tam mamy dostęp do przedmiotów w plecaku oraz mapy).


Czwarta generacja – 3DS

Wszystkie gry z generacji czwartej jak na razie pojawiła się tylko na przenośnej konsolce Nintendo. Czwórka pojawiła się tylko w Japonii – a ze względu na blokadę regionalną mocno zmniejszyła liczbę graczy na całym świecie. Dopiero w styczniu tego roku otrzymaliśmy wersję Ultimate czwartej generacji (wydanej w Japonii w 2013 roku). Wszystkie plansze zostały stworzone na nowo, pojawiła się nowa plejada monstrów, dodano nowe rodzaje broni (czyli standard dla serii). Największą nowością jest możliwość prowadzenia walki na kilku płaszczyznach – możemy wspinać się na wyższe elementy planszy – oraz dodano możliwość wskoczenia na grzbiet potwora i z tej pozycji starać się go pokonać. Po raz pierwszy też w wydaniu mobilnym możemy grać z ludźmi z całego świata poprzez Internet. Gra uzyskała bardzo wysokie oceny i przez fanów uznawana jest za najlepszą grę z całej serii.

Spin-off

W Japonii wyszła cała masa gadżetów związanych z uniwersum Monster Hunter –maskotki, plakaty, figurki – wszystko czego dusza zapragnie. Ale oprócz gadżetów pojawiły się też inne gry. Monster Hunter Diary: Poka Poka Felyne Village (oraz część druga z dopiskiem G) na konsole PSP gdzie pierwsze skrzypce grają „koty”- Felyny. Gra była w charakterystycznej oprawie Super Deformed. Zamiast symulacji łowcy do dyspozycji dostaliśmy Felyny które poruszały się w bok i wykonywały akcje podobnie do innej znanej gry z tej platformy – Patapon – z tym wyjątkiem, że gra nie opierała się na rytmicznym wciskaniu poleceń. Gra nie opuściła granic Japonii. Na platformy iOS i Android wyszedł Monster Hunter: Dynamic Hunting – gdzie toczyliśmy bitwy z pojedynczymi potworami. Olbrzymie ograniczenia telefonów przyczyniły się do słabego sterowania, wielu uproszczeń (widzieliśmy pasek życia potworów) co ostatecznie przełożyło się niskie oceny i bardzo słabą sprzedaż. Na platformie PC (oraz później Xbox360) Capcom wydał w 2007 roku Monster Hunter: Frontier Online – grę typu MMO. Przystosowano sterowanie pod klawiatury i myszki, a całość rozgrywki jest darmowa – płacimy tylko za dodatki do gry. Napalonym graczom od razu mówię – gra nie wyszła poza obręb Japonii i Korei i nie ma możliwości gry poza tymi regionami (chyba, że będziemy korzystali z VPN) a język w grze to tylko Japoński lub Koreański. Warto jednak zobaczyć tą odsłonę gdyż jest ona oparta na silniku CryEngine 3. Wygląda obłędnie – i na dobrą sprawę jest to jedyna wersja Monster Hunter w prawdziwym HD. Oprócz tego dostaliśmy karciankę (dostępną też w wersji elektronicznej na Androida i iOS), mangę (Monster Hunter Orage – 4 tomy – zostały przetłumaczone na język angielski) oraz krótkie anime. Świat Monster Hunter jest niesamowicie popularny w Japonii. Nie zyskał on jednak globalnej sławy na miarę Pokemonów. Możliwe, że przez słabą reklamę a możliwe, że ze względu na zbyt wysoki poziom trudności. Jednak każdemu miłośnikowi trudnych gier, którzy lubią wczuć się w klimat odwiedzanego świata i mają sporo wolnego czasu – gorąco polecam. Tu nie ważna jest fabuła czy statystyki – ważne są nasze własne umiejętności oraz doświadczenie. Rzadkość w dzisiejszych czasach – gdzie gry w zasadzie przechodzą się same.

PS. Tekst miał szansę ukazać się w miesięczniku Pixel. Jednakże był za słaby. Szkoda.

[Vicious] New 3DS XL [cz. 1]

Już mijają dwa miesiące odkąd zakupiłem 3DSa – new 3DSa – new 3DSa XL. Ach to nazewnictwo. Nintendo postanowiło uaktualnić linię 3DS dodając przedrostek NEW przed nazwą, zwiększając prędkość procka, dodając drugą (pseudo)gałkę analogową i poprawiając efekt 3d w grach. Posiadacze starych 3DSów mogą poczuć się oszukani, bo nowy 3DS tak naprawdę nie wiele wprowadza – ale na niego będą wydawane ekskluzywne tytuły niedostępne na starszej wersji kieszonsolki.

Co mnie – starego draba – popchnęło do kupienia New 3DSa? Cóż – Monster Hunter. Najnowsza część która w końcu zagościła na starym kontynencie w zrozumiałym dla nas języku. Setki obejrzanych godzin z gameplay’a MH4 (wydanego tylko w Japonii) przekonało mnie, że muszę mieć wersję Ulitmate (czyli pełną) tej gry. Ja – fan – tego uniwersum nie mogę przejść obok tego obojętnie.

No i wypatrzyłem – edycję New 3DSa XL Monster Hunter 4 Ultimate (z preinstalowaną grą na karcie pamięci). Co dostałem w zestawie ? W sumie konsolę i papiery. Serio – w zestawach new 3ds nie ma ładowarki. To są jakieś jaja. Sama konsola nie ma nawet wgranego tematycznego menu (takowe jak chcemy to musimy kupić w sklepie eShop). Obudowa, która wygląda na metalizowaną w rzeczywistości jest plastikowa do bólu. Plastik z jakiego jest wykonana konsola jest marnej jakości – od razu czuć, że jest mocno podatna na zarysowania. Ma się wrażenie trzymania słabej jakości zabawki a nie konsoli za ponad tysiąc złotych! Nintendo – chyba z Wami jest coś nie tak… Ekrany mimo niskiej rozdzielczości dają radę – kolory są żywe i soczyste. Nie ma efektów ghostingu – efekt 3d naprawdę powala. Nie miałem kontaktu ze starszą wersją konsoli – ale ja odkąd włączyłem 3d to nie widzę powodu by z tego udogodnienia nie skorzystać. Gry dostają głębi i wyrazu. Odkąd widziałem zapowiedzi 3DSa chciałem poczuć to 3d – i nie jestem zawiedziony. Warto było.

W tej części nie będę się rozpisywał o grach – skupię się tylko na konsoli i swoich osobistych odczuciach. Jak większość z Was wie – jestem funboy’em PSP. Czy zakup 3DSa coś w tym temacie zmieniło ? I tak i nie. Nadal uważam PSP za najlepszą konsolę przenośną. Natomiast 3DS uświadomił mi jak bardzo nie potrzebuję platform stacjonarnych do grania. Konsole pod telewizorem nie są mi do szczęścia potrzebne tak samo jak i komputer. Odkąd w moim domu zawitała najnowsza konsola Niny – inny sprzęt nie był włączany. Czasu na granie mam bardzo mało – i to co mam wolę przeznaczyć na wyłożenie się w fotelu lub łóżeczku i wygodne granie aż do momentu jak mnie sen zmorzy. 3DS zmienił moje myślenie o rozrywce. Dlaczego ? Bo mogę grać i solo i w Multi bez potrzeby włączania jakiegokolwiek innego sprzętu. To jest WYGODA. To jest PRZYJEMNOŚĆ. Żona może korzystać z TV czy komputera i nie ma między nami przepychanek co chcemy robić. Ona ogląda TV, ja siedzę obok i możemy cieszyć się swoimi przyjemnościami jednocześnie rozmawiając na wszelakie tematy.

Nintendo dobrze sobie radzi również na płaszczyźnie aktualizacji. Baaardzo mi się podoba, że nie wydają ich pierdyliard dziennie i to takie które nic nie wprowadzają. Nie nawidzę Patchy, DLC i innych tego typu wymysłów dzisiejszego świata. Nie mam na to czasu. Chcę włączyć konsolę i cieszyć się zabawą. I taki wygodny model dostarcza nam 3DS. Kupujemy grę, wsadzamy do konsoli i woala. Czasem zawoła o patcha to nie ściąga setek gigabajtów by naprawić glitcha w jednym miejscu. Nina nadal trzyma poziom swoich produktów – i to bardzo się chwali.

Ostatnimi czasy zastanawiałem się czy potrzebuję jakąkolwiek inną konsolę oprócz 3dsa i PSP. I doszedłem do wniosku, że nie. Nie mam tak czasu na granie – a kupowanie gier by w nie nie grać to głupota. Na Steamie mam ponad 100 gier – i co z tego jak nawet nie chce mi się ich włączać (jeszcze nie wiadomo kiedy się ściągną, czy będą działały na moim wiekowym sprzęcie etc.). Starzeję się chyba.

Czy konsola była warta kupna ? Z mojego punktu widzenia tak. Mimo plastikowości new 3DSa i braku ładowarki w zestawie (SIC) to jest to konsola marzeń każdego gracza lubiącego prostotę lecz skomplikowane gry. Ilość tytułów jest przeogromna a ich jakość jest zupełnie wystarczająca na nasze czasy (no wiem – rozdzielczość 400x200 nie powala ale efekt 3d rekompensuje tą wadę). Ja staję się mobilny – net, muzyka i filmy w telefonie, gry na kieszonsolce i na co mi komp ? Sami sobie odpowiedzcie czy komputery są Wam jeszcze do czegoś potrzebne ?

[Prosty][Gry] Monster Hunter 4 - 20 min. trailer

Capcom chyba odwinął niezły numer Sony. Już od początku Monster Hunter obowiązkowo lądował na konsolkach Soniaka, a tu taka akcja.

Aktualnie Monster Hunter 4 (FO - czytaj FOUR) jest oficjalnie zapowiedziany tylko na konsolke niny (3DS). Będzie to już druga gra z serii Monster Hunter, która pojawi się na dziecku nintendo, vita tymczasem usycha. Ostatnim wydanym Monsterem na plejki jest MHP3rd w wersji na PS3, która jest zaledwie portem z PSP dodającym teskturki hi-res. Sprzedaż ps3 w JAP musiała przy tym nieźle podskoczyć bo ponownie do pogrania na ad-hoc party (z ludźmi z całego świata) potrzeba było PS3 - zwykły dostęp do internetu nie wystarczał takiej infrastrukturze (zwykły zabieg żeby pchnąć więcej chlebaków).
Tak czy inaczej pare dni temu Capcom wypuścił 20 minutowy materiał z gameplay'em z czwórki. Na ekranie komputera grafika może nie zachwycać bo rozdzielczość jest inna.. ale MH w 3D, do tego przy sobie to inna sprawa. Nie będe pisać postów TLDR (too long didn't read), napiszę tylko krótkie odczucia.

Wprowadzają nową broń - coś pikopodobnego, pałka zakończona ostrzem. Wydaje się całkiem spoko, bardzo fajna animacja. Ciekawe jak w użyciu. Capcom patrząc na sukces MHP3rd w JAP znowu zaczerpnął z azjatyckiej kultury i odszedł już całkiem od ciemnego, mrocznego wizerunku MH (MH 1, 2, FU). Krajobraz jest kolorowy, oglądając budynki nasuwa się myśl o Chinach. Ciepłe barwy przemawiają za sobą, jest fajnie.
No i respekt dla Capcomu za Tigrexa.

TLDR:
- MH 4 tylko na 3DS'a
- pika jako nowa broń
- odczucia graficzne -> MHP3rd

[PC] Super Meat Boy

Wczoraj pisałem wam o paru giercach, które można było wyrwać i pomóc developerom. Z zasady nie jestem fanem Indie games. Jednak ostatni czasy wielcy producenci coraz bardziej zatracają się w bezsensownych aspektach gier, zapominając o (dla mnie najważniejszym) z nich - grywalności.
Tym ostatnio zaszokowały mnie amatorsko-tanie produkcje, które ukazują się masowo na necie. Jedną z takich produkcji początkowo był Super Meat Boy. Jeżeli jeszcze nie słyszeliście - jest to gra o chłopcu, który ma dziewczynę - Bandage girl. Nie jest to jednak zwykła historia o chłopcu, a historia o chłopcu.. który nie ma skóry!


Tak kochani, właśnie poznaliście głównego bohatera tej gry - oraz jej typ. Jest to platformer o specyficznej interpretacji grawitacji w grze. Zły forever-alone antagonista porwał naszemu mięsnemu chłopakowi dziewczynę. Ten, na wzór Nintendo'wego bohatera popularnej serii Mario, rusza na jej ratunek. Sprawa ma się o tyle lepiej dla Super Meat Boya iż w każdej rundzie, widzi swoją ukochaną. Do tego jest nieśmiertelny, a jego limitem jest jedynie cofanie się na początek planszy.
Ale co w tym nowego? Ciężko to określić. Jest to taniutka gra, z tego co mi wiadomo - robiona przez 2 panów (teraz czczonych, podobnie jak Notch).. o bardzo specyficznym, mięsnym klimacie. Najlepiej obrazuje to urywek gameplay'u:






Słyszeliście super muzykę w tle, widzieliście ekstra-płynne animacje? To właśnie Super Meat Boy. Gra po odpaleniu wydaje się konsolową produkcją zeszłych generacji - dlaczego zeszłych? BO WYDAJE SIĘ DOPROWADZONA DO PERFEKCJI. Tak też jest. Niesamowicie skacze się obserwując płynne ruchy postaci, do tego ciężka muzyka tak idealnie wpasowuje się w klimat.. Nic dziwnego, że Super Meat Boy zyskał sobie miano tak dobrej gry, że wydawcy SAMI zainteresowali się jej wydaniem pudełkowym.
Bierzcie, póki jest tanie (i dobre)!

Szef kuchni poleca jednym zdaniem. Mój ulubiony typ gry, genialna animacja, genialna muzyka i jeszcze lepsza grywalność. Do tego jeszcze jest tanie (acz to na chwile, bo niedługo będzie pudełkowcem), ocena końcowa: 8,5/10. Odejmuję 0,5 za to, że nie jest to megaman, ihhihi (i że tak zabójczo lepiej przy nim wypada).

[PC] Steam


Steam rzuca ostatnio dobrymi promocjami, na dzień dzisiejszy oferuje min. Left 4 Dead i Left 4 Dead 2 w śmiesznych cenach 3,5 euro za sztukę. Przedtem były alieny, star warsy i co nie tylko. Wszystko to z racji świąt, nawet i promocje nazywają się świątecznymi. Ale czy to ważne? Ważne jest, że jest tanio i dobrze - dobrze i tanio : )




Mam nadzieję, że co po niektórzy nie przegapili ostatniego Humble Bundle - tym bardziej, że to już bodajże 4ta edycja tej wyprzedaży gier Indie. Ale, ale - najlepsze w tejże było to, że w zestawie był Super Meat Boy - a gdy zapłacimy ponad średnią : Cave Story +. Cud miód i maliny.
Po pewnym czasie, bo bodajże 3 dni od startu nowego Humble dodali do niego gry z poprzedniego eventu, za dowolną cenę mogliśmy wyłapać naprawdę wiele mocnych gier!